On się tylko tak bawi

Gdyby Pufa mogła opisać swoje wrażenia ze spaceru z którego właśnie wróciłyśmy, wnioskując po jej minie, mogły by brzmieć tak:

„Matko wszechgroszkowska! Mało mnie pikawa nie wyleciała! Ale od początku. Wracamy z Matronem ze szpaceru, nawet fajny, pohasałam dupskiem po psiej górce, pięknie przeszkody zaliczałam, Matron dumna. No i tak wracamy przez park stałą trasą, po drodze bułkopunkt i mięsopunkt, ja na sznurku bo te małe wrzeszczące człowieczki się teraz plączą. I tak idę i kminię ile to groszków jeszcze Matronowi w kieszeni zostało, a tu nagle! Zawał na miejscu. A przecież ja sercowiec jestem teoretyczny! Taki kolo mojego wzrostu, jak mnie nie napadnie, niby że cześć, ale nachalny jak nie wiem, i ogon mnę wącha i głowę i naskakuje! Przepraszam, ale na damę to nie wypada. Kolo bez sznurka, bez człeka! Ja tam lubię się witać, ale proooszę, są limity. No ale ja spokojnie, opanowanie, klasa zachowań, ale on z pyskiem do mnie i uzębieniem!

Mimo, że ja się na rozciągłość całą linki chciałam ewakuować. Jest taki teraz modny termin „agresja smyczowa” i wiecie co? My to mamy… Tzn. ja nie. Ale Matron tak. Jak temu tam na końcu smyczy (czyli Mnię) coś się nie tak dzieje, jakieś zagrożenie, to ona takiej agrechy dostaje… Nie od razu, czeka parę sekund czy zlokalizuje człeka od pieseła – prowodyra, ale jak nie zlokalizuje, albo po więcej niż 5 sekund to… no cóż. To się chyba leczy, nie? Kojarzy ktoś szkolenia dla Matronów? Luźna smycz, Matron w kontekście szkolenia pozytywnego czy coś?”

Śmiechy chichy, ale mnie to już nie śmieszy. Nie wiem czy ja takich ludzi przyciągam? W połowie można powiedzieć, że to nie głupota wrodzona czy ignorancja tylko tak o wyszło, nie pomyślałem. Dziś pani w futrze w kolejce w mięsnym. Smycz w ręce, pies poza sklepem lata po chodniku i NAMOLNIE wita się z Pufiokiem, po czym stwierdza, że skoro ona ewidentnie nie chce mieć z nim kontaktu czemu by nie kłapnąć zębami? Puf akceptuje nachalne psy, ale tylko trochę, potem zaczyna panikować – taki egzemplarz.

To nie jest tak, że dostaję szaleju jak obcy pies podejdzie do mojego i zrobi coś nie tak, ale mając na uwadze, że niektóre z negatywnych przeżyć sierścioka ciągną się konsekwencjami jeszcze długo po incydencie jestem wyczulona na takie sytuacje. Zawsze wtedy proszę właściciela o odwołanie psa, tłumacze, że ona taka jest i po prostu nie ma ochoty na np przewalanie się po ziemi. Ale co innego KIEDY WŁAŚCICIEL NIE POTRAFI ODWOŁAĆ PSA, a najzabawniej (boki zrywać ze śmiechu ;/) kiedy nie potrafi odwołać i jest hen, hen daleko od psa i epicentrum zajścia KIEDY WŁAŚCICIELA NIE MA (piękna, dzisiejsza scenka).

Matka natura dała mi donośny głos który wywabił głowę pani od feralnego psa – reszta pańci stała w kolejce, priorytety muszą być zachowane. Odpowiedz na moje uwagi: „on się tylko tak bawi„. Nie wiem jak na Was, ale na mnie takie stwierdzenie działa jak płachta na byka. Potrafię powstrzymać się od impertynencji jakie przychodzą mi w takim momencie do głowy, ale nie potrafię przejść obok czegoś takiego bez słowa. Czasami trafiam na osoby którym dopiero wtedy otwierają się oczy – widać to po minie, ale są to wyjątki do policzenia na palcach jednej ręki. Większość jest jakby nieprzemakalna w swoich poczynaniach.

Żałuje zawsze tylko, że Puf nie jest słusznych rozmiarów astką lub rotką, jakoś sznupowa postura nie robi wrażenia – właściciel mógłby trzymać psa na smyczy z obawy o bezpieczeństwo swojego podopiecznego (tu dziękujemy stereotypom :)). Czy tylko ja tak pechowo trafiam? Ma ktoś pomysł co tu takiemu delikwentowi powiedzieć? Może jest jakaś magiczna formuła która dociera do głowy i uświadamia?

3 Comment

  1. ja stawiam wtedy na asertywność własną, czyli proszę/domagam się/żądam zabrania psa przez właściciela.
    A bardziej ekstremalny przykład – mam znajomych biegaczy (których pogoniły lub pogryzły psy spacerujące luzem) i teraz biegają z gazem pieprzowym w kieszeni, właściciel słyszy aby zabrał psa, jak nie ma reakcji odpowiedniej to pies dostaje gazem, przykre dla psa, no ale tak bywa.

  2. ja też jestem BARDZO asertywna, zazwyczaj jak dochodzi do bardziej..niechcianej i zbyt dynamicznej relacji między psami włącza mi się tryb obrony psa i para-ataku na człowieka. Głupota ludzka to coś czego najbardziej nie lubię. Jednak zastanawiam się czy można jakoś dotrzeć do właścicieli? dochodzę niestety do wniosków że nawet spokojną , miłą rozmową nic się nie wskóra, chociaż to nie reguła i może warto próbować 🙂
    A z gazem-nie dziwię się biegającym i chapniętym , jednak zawsze w takich sytuacjach jakie nam się przydarzają powtarzam sobie że pies jest bogu ducha winny a cała wina leży niestety tylko po stronie właściciela

  3. Ja jak już pisałam – odgradzam psy sobą, Miszę trzymam zawsze z tyłu a delikwentowi utrudniam dojście do niej. Jak jest właściciel – proszę o zabranie. Jak nie ma to zabieram sama – w końcu każdy odpuszcza.
    Fajne to i pożyteczne, bo buduje w psie poczucie bezpieczeńśtwa i zaufanie do przewodnika – cokolwiek złego się nie dzieje z czym futro nie potrafi sobie poradzić samo – biegnie do Matrona, bo tam wie, że ma azyl i może pokazać figę upierdliwcowi – bo nikt jej nie ruszy 🙂
    Najgorzej jest jednak na rowerze, bo ludzie nie rozumieją, że powinni psa odwołać/trzymać blisko/nie puszczać jak widzą drugiego biegnącego, ewidentnie z kolażem. I tutaj Miszon musi sama sobie poradzić – ewentualnie jak trafia nam się agresor to skumała, że najlepiej chować się za rowerem, bo ten może napastnika przejechać… A jak nie to pozostaje impertynencja. Ja od niej nie stronię, ale zostawiam zawsze na sam koniec.

Dodaj komentarz