Spindlerowy Mlyn odsłona 1.1

Pojechaliśmy  na urlop! Nie tak długi jak się nam zamarzyło, jednak deszczowa pogoda nas pokonała. W puchę i zimno ze wszech miar wolę zalegać pod kocykiem z kubasem gorącej herbaty , najlepiej pod swoim kocykiem a nie kisić się w hotelowym pokoju. Tak więc zamiast tygodniowego wypadu ostały się 2 dni ale cośmy sobie połazili i obczaili to nasze .

A obczajkę zrobiliśmy sporą, szczególnie, że wylądowaliśmy w miejscu gdzie nas jeszcze nigdy nie było! Spindlerowy Młyn został oznaczony jako nasze miejsce docelowe. Dlaczego akurat tam? Bo już od dawna miała ochotę na wypad do naszych południowych sąsiadów, bo nasłuchałam się sporo o psiolubności tych terenów i miałam ochotę sprawdzić to na pufostadzie . No i dlatego, że byliśmy już niedaleko- skoczyliśmy tam zaraz po Lendogu

Czechach byliśmy z suczami wcześniej, ale nie terenowo a miejsko i fakt, psiolubność została odnotowana. Może nie zatrważająca ale była 🙂  Teraz jako punkt wypadowy wybraliśmy sobie moim zdaniem dość znaną miejscowość i turystycznie pieszo i narciarsko. Ponieważ byliśmy już po sezonie i dodatkowo pogoda jak wiadomo była jaka była nie natrafiliśmy na dzikie tłumy.

Nie mieliśmy również większych problemów ze znalezieniem noclegu, nawet z dwoma psami 🙂 Sam Spindlerowy obawił się nam jako niewielka miejscowość z dużą ilością hoteli i restauracyjek i z brakiem spożywczaków, jeśli nie liczyć dwóch chińskich marketów jakie zlokalizowaliśmy w ścisłym centrum ale o tym jeszcze na sam koniec w podsumowaniu 🙂

Nasz plan na ten krótki pobyt w Spindlerowym opierał się na sprawdzeniu psiolubności nie tylko w samym mieście ale i na szlaku. Wiecie – taki zwiad terenu na przyszłość. Ponieważ na mapach tak papierowych jak i różnych cyfrowych dobrych kilka szlaków wychodzących z samego centrum a przy nich widać sporą ilość schronisk nie dało się inaczej zaplanować trasy tripu niż właśnie przy rzeczonych przybykach. TYLE  schronisk i możliwe że w każdym smażony czeski ser? no tyle wygrać !

W związku z wcześniejszymi małymi perypetiami i opóźnionym stawieniem się na miejscu i wizją deszczu nie planowałam bardzo długiego dreptania. Nie wiem jak ja to uczyniłam ale planowane na mapie 12 km docelowo okazało się 16, które jednak minęły bardzo szybko.

Zdradzę Wam też pewien sekret. Nie będzie niespodzianką dla górskich bywalców ale może niektórzy o tym zapomnieli. A ja sobie przypomniałam właśnie tam. Ten sam szlak , przechodzony w dwóch różnych kierunkach to zupełnie inna historia. Tak wysiłkowo, bo przecież to całkiem co innego zaczynać ostrym podejściem a kończyć zejściem na łeb na szyję :), jak i widokowo.

Dlatego, mimo że przez dwa dni dwa razy wyszliśmy na górskie szlaki i zrobiliśmy dwa razy taką samą trasę postanowiłam pokazać ją Wam w oddzielnych wpisach. Sama za drugi razem odkryłam prawie zupełnie inne miejsce, wręcz inną rzeczywistość. Inaczej odebrałam te same miejsca, dostrzegłam inne przestrzenie,

Z resztą zobaczcie sami.

Start wyprawy to centrum Spindlerowego (mapka powyżej, w tej okolicy można znaleźć miejsce parkingowe) i wyjście szlaków. My wybieramy NIEBIESKI . Przeprowadza nas chwilę wzdłuż Łaby, na odcinku „miejskim” szlak jest oznaczony w uroczy sposób- pan z chustą w odpowiadającym oznaczeniu szlaku kolorze 🙂

Właściwy szlak zaczyna się wyżej, na rozwidleniu. W ten dzień wybieramy odbicie w lewo, chwilę trzeba przejść przy drodze, ale nie jest to bardzo ruchliwa szosa.

Dalszy etap to zejście z szosy na leśny dukt oznaczony szlakiem ZIELONYM, wyłożony betonowymi płytami. Ja osobiście  wolę jednak naturalnie wijący się w górę szlak. Nie wiem o co chodzi ale takie „równe”, pnące się w góry płaszczyzny męczą mnie o wiele bardziej niż „wspinaczka” po korzeniach czy kamulcach. Trasa wiedzie wśród drzew, jest osłonięta od wiatru a i w słoneczny, cieplejszy dzień, znajdzie się miejsce na pitstop w cieniu. W momencie kiedy my szliśmy tą trasą, wzdłuż drogi po wodzie pozostał tylko ślad w postaci korytek strumieni (?) więc dobrze mieć zapas wody dla futer.

I teraz rozczarowanie lvl 100. Wychodzimy na otwartą przestrzeń i naszym oczom ukazuje się pokaźny budynek Medvědí bouda. Kiedy podchodziłam do drzwi mój brzuchol już wołał o obiad a myśli krążyły wokół obliczeń ile smażonego, czeskiego sera jestem w stanie wcisnąć na raz, żeby potem jakoś się jeszcze ruszać. I wyobraźcie sobie – NIE CZYN NE! pozamykane i koniec-nie ma . Ani sera ani niczego.  Właśnie tak boleśnie przekonaliśmy się, że nawet jeśli coś jest na mapce oznaczone jako „schronisko” nie oznacza to wcale że musi być czynne. Kanapeczki na drogę to jednak must have. Na szczęście opaczność boska czuwa nad moim żołądkiem i kilometr  wyżej mamy Schronisko Bradlerovy Boudy . Propsie, pysznie spożywcze, gdzie przy genialnych widokach z okien można złapać oddech i paliwo na dalszą wędrówkę (Brak możliwości płatności kartą, wiadomka, schronisko, ale jakby coś, to w Spindlerowym jest bankomat , koło poczty 😉 )

Posileni syrem ruszamy dalej NIEBIESKIM w górę, przez Ptaci Kamen. Tu mamy już normalny szlak, kamienie, podejście choć niezbyt wymagające a fragmentarycznie z  kładkami. Zaraz na myśl przychodzi mi wspomnienie Izerów, kładki najbardziej kojarzą mi się z nimi, choć za Szrenicą też po takowych wędrowaliśmy

Ten szlak prowadzi nas przez Petrovą Boude, gdzie odbijamy na ŻÓŁTY, przez Moravską Boudę (o niej w drugiej części wpisu, bo sprawdziliśmy ją właśnie w drugi dzień, przechodząc naszą pętelkę odwrotnie 😉 ) Trzymając się żółtego szlaku dojdziemy aż do punktu wyjścia, ścieżka wyjścia i zejścia pokrywa się na odcinku dopiero od U Divci lavky. Stamtąd znaną już nam trasą „spadamy” do centrum.

ważny link:

strona gdzie znajdziecie m.in. schroniska, noclegi itd. Dla nas szczególnie ważne schroniska i info- znaczki czy jest psiolubne czy nie 🙂 Jak na razie wszytko się sprawdziło a my poczuliśmy się troszkę pewniej, że jest szansa na obiadek i że nie odbijemy się od drzwi przez niemożność wejścia z futrami

www.hkregion.cz/

 

  • Spindlerowy Młyn- psiolubnie, nie mieliśmy kłopotów ze znaleziem noclegu, tam gdzie nocowaliśmy nie wymagano od nas dodatkowej opłaty za psy
  • brak spożywczaków w moim rozumieniu tego słowa- chińskie markety z dużym wyborem długoterminowych produktów, słodyczy i alko, ale na szeroki wybór jogurtów czy innego nabiału nie liczcie
  • duży market typu nasza Biedra ok 1 km od centrum – NORMA. można tam kupić świeże mięso – BARFna dieta uratowana
  • nie wszędzie zapłacimy kartą, na przykład w sporej restauracjo/pizzerii gdzie my jedliśmy nie było takiej możliwości co nas serio zdziwiło . Na szczęście w centrum bankomat – koło pocztu (* na poczcie można płacić kartą- jakby ktoś chciał kupić znaczki). W punkcie IT również nie zapłacimy kartą ale złotówkami już tak, ale jest problem z wydawaniem reszty
  • dobre oznakowanie szlaków
  • uwaga na rzekome schroniska. Coś co na mapie (analogowej i cyfrowej) jest oznaczone jako schronisko może być restauracją 4gwiazdkową lub być po prostu wielkim gmaszyskiem ale w dany dzień akurat zamkniętym na 4 spusty- kanapki w plecaku i termos z herbatą bardzo wskazane
  • godziny otwarcia knajpes w Spindlerowym- nie udało mi się zgłębić tematu czy to kwestia terminu po sezonie (koniec października) czy poniedziałku ale kilka knajp zamknęło się nam przed nosem o 18 . Ku mojej rozpaczy również malutka psiolubna włoska, w której cudnie pachniało

Dodaj komentarz