Karpacz na koniec zimy

Za oknem powoli zaczyna się przedwiosenny czas, temperatury niezmuszające do ubierania warstw odzieży w ilości +6. Czyli tak jakby początek przedwiośnia? Mamy coś takiego w naszym klimacie czy termin ten można już włożyć tylko między żeromskie karty książki? Niezależnie od terminologii czasu jaki nastał postanowiliśmy skorzystać ze zmian klimatu Dolnego Śląska i ochoczo wyruszyliśmy tam, gdzie nas z futrami nie było. Jak się okazuje nie trzeba daleko jechać żeby takie miejsce uraczyć, wiec w ostatkowy weekend wylądowaliśmy na jednym z końców Karpacza.

(Widzieliście, że to taka strasznie długaśna miejscowość? A określenie „nocleg w centrum” nabiera nowego znaczenia?)

Czyli jak zostało postanowione tak zostało wykonane i w piątek wieczorem z nadzieją na wiosnę ruszyliśmy ze średnim uśmiechem obserwując cyferkę na wyświetlaczu termometru – 0 oraz osobniki w autach, którzy to stwierdzili wiosnę bardziej niż my i przyświętowali ją letnimi oponami (mój wniosek – zimówki to ja zdejmę jak przez miesiąc będę chodzić na spacery w sweterku). Na miejscu noclegowym parkowałam w śniegu powyżej trekowych podeszew, tłumacząc Pufie, że przecież zabrałam jej sweterek, wiec ma nie mamrać i natychmiast opuścić pojazd i przemieścić się do pokoju, ot taki górski piesek <3

W tym miejscu następuje wychwalenie noclegu. Szczególnie po perypetiach i nerwach związanych z poszukiwaniami. Bo przecież to, że pewien portal przez który bookujemy noclegi to jedno, a rzeczywistość drugie. I z pieskiem absolutnie nie można, można ale z takim do 3 kg, albo nie można bo na pewno przyjedzie ktoś z astmą i co wtedy? Ale jak to Babcia moja mawia nie ma tego złego co by na dobre nie wyszło i przedstawimy Wam super psiowe i przeurocze miejsce http://prymulka.batur.pl/ – tak jak na zdjęciach, tak i w rzeczywistości. Można z pieskiem, niezależnie od wielkości i jest przeładnie, a do miejsca które zostało określone jako centrum… np. 15 minut marszu 🙂

Gorąco polecam, Anna J. 🙂

Mieliśmy gdzie spać, gdzie jeść – kuchnia i samodzielnie ugotowany po górkach makaron <3 więc skoro świt koło 8 rano ruszyliśmy na trasę. Wspominałam o śniegu i temperaturze śniegoutrzymującej? Nie? To wspomnę o zakupie, którego dokonałam w panice dzień przed wyjazdem – raczki, takie małe słodziaste, które na szczęście potrzebne nie były (kochany biały puch zakrywający taflę lodu), ale dający mi spokój ducha, że jakby coś to mamy przy sobie. Piesełki mają zamontowane raki na stałe więc tu problemów nie było.

Na pierwszy ogień trasa z Karpacza, żółtym szlakiem do Schroniska nad Łomniczką.

(Szlak żółty Kapracz – Schronisko. Nie da się zgubić)

Czas przejścia wg map to około 2 godziny. Robiąc zdjęcia: czas przejścia bliżej nieznany 🙂 Ze schroniska można ruszyć dalej na Śnieżkę i taki był nasz plan jeszcze we Wro. Ze względu na zagrożenie lawinowe – wiosna w górach taka zaskakująca <3, szlak powyżej schroniska był zamknięty. Podobno kilka osób „puściło się” na trasę, ale ja określam to mianem głupoty. My postanowiliśmy rozsiąść się wewnątrz budynku, bez elektryki i delektować przepysznymi, robionymi na bieżąco naleśniorami! Bo miejsca zapamiętuje się smakami. A to miejsce już zostało zapamiętane bardzo pozytywnie, szczególnie, że sucze były bardzo miło przywitane.

Posileni, trochę zawiedzeni niemożnością dalszej wędrówki w górę powrót zaplanowaliśmy sobie trochę naokoło, szlakiem czerwonym w kierunku Orlinka z niespodzianką na którą można wejść i Białego Jaru. Z Białego, żeby nie iść między tłumami ludzi znaleźliśmy alternatywną trasę, sugerowaną przez GPS – fragmentem biegnącą starym torem saneczkowym. Szkoda, że takie miejsca niszczeją, widać, że zapomniane tylko czemu niepotrzebne?

(Byliśmy średnio przygotowani miejsko do zwiedzania – zaskoczył nas widok skoczni. Bukosławę też 🙂 )

Dzień nr. 2 nie obfitował już w alternatywne trasy. Plan był jasny i prosty – start spod Wang, przez Samotnię i Strzechę. Oczywiście fragment szlaku zamknięty bo lawiny, dzięki czemu odkryliśmy Domek Myśliwski PTTK, czynny wg tabliczki w każdy weekend. Adnotacja nasza – poza zimą 😉

Koniec końców, przez pogodę i mój duży respekt przed górami, możliwości swoich i podopiecznych, a przede wszystkim do sprzętu (nowe geterki ze stonki 🙂 ) postanowiliśmy wnikliwiej zwiedzić schroniska i spokojnie zejść i wrócić do Wro. Oznacza to oczywiście mój wielki niedostyt. Być tak blisko Śnieżki i się nie wgramolić?! Łeh! WRACAMY ZARAZ JUŻ!

Mimo tylko tak na prawdę niecałych 2 dni na szlaku spotkaliśmy o wiele więcej psów wędrujących po górach niż się spodziewałam, szczególnie biorąc pod uwagę panujące warunki. Z dosłownie 2 czy 3 wyjątkami wszystkie grzecznie dreptały na smyczach/uprzężach/tym wszystkim w co je zapakowano. W schroniskach zachowywały się grzecznie, nikomu nie wadząc. Pufa i Bu pobyt w pomieszczeniach za każdym razem spożytkowały na czyszczenie podłogi i krótką drzemkę.

Zastanawia mnie w tym miejscu pomysł wprowadzenia zakazu wstępu na wiele szlaków w obrębie KPN’u. Mam wrażenie że właśnie psiarze, jak niewiele innych grup, potrafią nie tylko docenić piękno otaczającej przyrody ale i o nią zadbać. Mam wielką nadzieję, że zakazy nie wejdą w życie, bo wtedy pozostanie i nam i zapewne wielu innym osobom jedno – przeniesienie się z wędrówkami na czeską stronę. Bo zostawienia suczy w domu, kiedy ja jadę na moją małą wyprawę po prosu sobie nie wyobrażam.

1 Comment

  1. W Karpaczu jest świetnie, muszę się tam kiedyś wybrać z łaciatym <3
    Powiem wam, że blog wygląda pięknie!
    Pozdrawiamy!

Dodaj komentarz