Szklarska

A my jedziemy kiedy tylko możemy! Bo nie ma złej pogody na wyjazd w góry, jest tylko za mało warstw na sobie.

Wiedzeni tym podniosłym mottem życiowym wylądowaliśmy na weekend w Szklarskiej Porębie. Nasze szczęście polegało na tym, iż był to weekend andrzejkowy i o ile w sobotnie popołudnie w mieście było trochę luda, o tyle można powiedzieć, że na szlakach było pustawo. I to jest to co cenię sobie w wypadach w nietypowych terminach, albo w średnio ładną pogodę. Unikam jak ognia ciepłych jesiennych niedziel np. na Ślęży – dziki tłum i oblężenie każdego skrawka szczytu + czekanie na jakiekolwiek jedzenie tak długie, że zapominam już co zamówiłam. To zdecydowanie nie dla mnie.

Szklarska, jak przystało na koniec listopada powitała nas zimnicą niemożebną, ale na szczęście bez większych opadów śniegu. Co nie znaczy że nie było okazji do wypróbowania antypoślizogowości moich buciorów i tego jak dobrze udało mi się nauczyć Bu komend kierunkowych z naciskiem na STÓJ i ZWOLNIJ 🙂 Okazało się bowiem, że nie są to ważne komendy. Są to komendy decydujące o tym czy przetrwam wypad w całości czy zaliczę wiekopomną glebę 🙂

W związku z szaleństwem, czyli aż 2 dniami do dyspozycji, na pierwszy ogień wzięliśmy klasykę gatunku: Szrenica, przez wodospad Kamieńczyka i dalej.. dalej w zależności jakie będziemy mieć opóźnienie przez moje zdjęcia 🙂 Opóźnienie było spore, więc po „zaliczeniu” herbaty i przydziałowych kanapek w schronisku na Hali Szrenickiej, wdrapaniu się na szczyt, w schronisku na Szrenicy podbiciu kolejnych pieczątek w książeczce PTTK (moje nowe postanowienie, co tam pokemony będę zbierać pieczątki!) zdecydowaliśmy się przespacerować się do kolejnego schroniska – pod Łabskim Szczytem, machnąć sobie jeszcze kolejkę herbaty z cytryną i pomaszerować do miasta żółtym szlakiem.

(To moje drugie w życiu wejście na Szrenicę – wstyd, co nie? I nieodparcie kojarzy mi się ono z brukowaną drogą. Nie mogę sobie przypomnieć czy gdziekolwiek indziej jest takowa?)

(Co mnie zdziwiło i zadziwia nadal – wpływ Bu na Pufę. Wiadomo, sznupsko za ciastek zrobi baardzo dużo, ale teraz, jak nigdy wykazuje się inwencją twórczą – Bukos na kamieniu – spoko też potrafię, patrz na mnie, na MNIE SIĘ gap Matrona! Zejście ze Szrenicy w kierunku schroniska pod Łabskim szczytem, zahaczając o Trzy Świnki)

(I kolejne zadziwienie. Jakim cudem ten pies ma prawie 2 lata, a reaguje na śnieg jakby widział go pierwszy raz? I wiem, że z jej charakterem pewnie będzie dostawała głupawy na widok czegoś co lata w powietrzu, ale pierwsze wejście na śnieg i piesa w ciężkim szoku. Oj Buczyno, jak mało ci do tej pory pokazano.. Nadrobimy!) 

(A oto i najtrudniejszy tego dnia fragment trasy: zejście szlakiem.. do schroniska pod Łabskim. A trudne bo: większość fragmentów drogi była oszroniona z małymi urozmaiceniami w postaci lodu 🙂 A jeśli chwilami było mało atrakcji, Bu stwierdzała, że pomoże mi szybciej iść. Mi, bo nie miałam serca podpinać jej do P. i patrzeć jak zostaje zawleczony do schroniska w tempie godnym Pendolino) 

Drugiego dnia, jakoż że pogoda zachęcała do jednego – jak najdłuższego pozostania w łóżku, ewentualnie do teleportacji do własnego wyra, zdecydowaliśmy się wspiąć się bezpośredni pod Łabski Szczyt do schroniska i tam się przegrupować czyli w praktyce zdecydować, że próbujemy powoli zsunąć się do auta. Zsunąć dlatego, że nocna mżawka w tym miejscu postanowiła zamarznąć, pokrywając kamienie, po których głównie wchodziliśmy, uroczą warstewką lodu. W sam raz żeby równie uroczo nas spowolnić i przećwiczyć nasze błędniki. Ale i tak było fajnie, jak to we górach 🙂

Punkt ostatni czyli jedzenie! Jaki pan – taki kram, więc jedzenie w ilości i smaku słusznym i najlepiej psiolubnie. Ja mam dwa pewniaki, gdzie wszystkie te wartości zostają spełnione: Restauracja Kaprys i Restauracja Krokus. Obie w centrum, więc nie trzeba daleko dreptać. Polecam organoleptycznie 🙂 Szklarska przy podejściu nr 2 okazała się nadal psiolubna. I miejsko i górsko. Polecamy wszystkimi łapami!

 

 

Dodaj komentarz