Zamek Frydlant

Nasz ostatni wypad rozłożyliśmy na 2 kraje, ŁuHu! Szaleństwo i rozpusta w czystej formie. Z Wro cisnęliśmy prosto do Liberca, potem Szklarska. Jak już wiadomo, mimo że to ja jestem odpowiedzialna za kierownicę, lubię sobie zerknąć trochę na boki. A skoro nic nas nie goni, czas na przykład, czemu by gdzieś nie zjechać, czegoś nie „zaliczyć”? Nie mogłam więc przepuścić okazji, kiedy wprost nad drogą po której śmigaliśmy wyrosła mi góra z zamkiem na szczycie. Po nitce do kłębka a po znakach na zamek! W prawdzie tabliczki przy parkingu wyraźnie informowały, że z psem chyba raczej nie wolno ALE: pogoda i czas nieturystyczny, a spotkany Pan z obsługi zamku jasno wyraził się, że można! Wiemy dlaczego można – zamczysko wewnątrz zamknięte ale z zewnątrz ładniutkie, można było je obejść i popodziwiać.

Zastanawiam się tylko ile takich „miejscówek” nieświadomie minęliśmy i nie odwiedziliśmy… Wychodzi na to, że trzeba jeździć wolniej, bardziej się rozglądać i nie bać się nadłożyć kilku kilometrów. I omijać autostrady, czas czasem ale bariery wszystkoszczelne to średnia radocha wizualna 🙂

Dodaj komentarz