Klejnot w Korunie, CHKO Broumovsko!

Co jest najlepsze w górach?

Szlaki?

Widoki?

Fajne kamulce?

Wszystkie odpowiedzi poprawne 😀  Ja lubię jeszcze jedną rzecz. To, że wędrując mogę obcować z przyrodą, wyciszyć się, zrelaksować. Posłuchać głośnej ciszy- pełnej szumu drzew, ptasich kłótni, hałasu moich butów na ścieżce z lekkim smaczkiem dyszenia psów. najpiękniejsza muzyka. Ale żeby ją usłyszeć nie tylko muszę się wsłuchać w to co mnie otacza. Muszę po prostu mieć taką możliwość.

Na mojej prezentacji na Festiwalu Psich Podróżników opowiadałam dlaczego tak bardzo lubię Góry i Pogórze Kaczawskie . Tam mam wielką  szanse nie spotkać nikogo. Albo tylko takich zapaleńców jak ja. Nie ma tłumów, wrzeszczących bąbelków czy kwiatu młodzieży polskiej z muzą wprost z głośnika komóry.

To gdzie się wybieram często uzależniam od szacowanego stężenia ludzia /m.b. szlaku. Im mniej, tym chętniej i częściej wpadam .

A teraz wyobraźcie sobie, że po ostatnim Lendogu miałam ogromną chrapkę na Czeską stronę gór. Jak na złość była dobra pogoda. Co w tym złego? Kto był w Adrspacht w pięknaą, prawie letnią pogodę, ten wie o czym mowa. Dzika dzicz i wąskie dróżki. Koszmar i dla mnie i dla suk. cóż więc począć, jak żyć i co postanowić, żeby dać sobie szansę na góry, przy jednoczesnym poszanowaniu psychiki?

Rozwiązanie jest banalne ale i genialne. Tak genialne, że do znudzenia, przez całą machniętą przez nas trasę jęczłam do P mantrę „boshe jak tu pięknie” . Pięknie było, a P gdyby jakimś cudem tego nie zauważył, na bank to dzięki mnie zapamiętał. Dobra żona ze mnie !

No to zaczynamy !

Start naszej wędrówki to miejscowość Slavny. Na mapce BUM pineska na parkingu. Trzeba wyskoczyć z 60 Koron, ale przynajmniej stoi się na legalu. Z tego co zasłyszeliśmy między jednym piweczkiem dogtrekkingowca a drugim, na Lendogowym ognisku, Czesi bardzo nie lubią samowolki z porzucaniem samochodów, i nawet jeśli nie ma zakazu można mieć zdziwko po powrocie, zastając blokadę, albo co gorsza-nie zastając auta. Więc kwota nieduża i warta zapłacenia. A!  jest murowany kibelek, czystszy niż na niejednej stacji benzynowej. Nie trzeba szukać gęstych krzaków na trasie. serio, dla mnie to mega ważne info 😀

Stamtąd nie da się nie wejść na szlak. My wybraliśmy przejście szlakiem żółty. Odbijaliśmy na niego z asfaltu.

No właśnie. MY – czyli tym razem wyprawa w składzie powiększonym. Mieliśmy przyjemność dreptać z Lindem i człowiekami Linda czyli z Angielskim Psem .Bo przecież nie ma nic lepszego niż wyprawa ekipą. Mówiłam o tłumie. Kiedy na szlaku są pustki, dodatkowe towarzystwo to czysta przyjemność <3

Po odbiciu na leśny dukt, szlakiem żółtym zaczyna się! Ludzi brak. Na początku sporo ludków maszerowało, wielu z psami, ale jakoś się rozeszli i to nie tam gdzie my. Yeah! i najlepsze- kamulce. Takie, z którymi kojarzą się nie tylko Góry Stołowe ale i ten region.

Może Adrspach jest bardziej spektakularny ale tutaj, włócząc się pomiędzy skałami mogę w pełni je docenić. Mogę zatrzymać się, podziwiać i nikt mi nie wchodzi w kard zdjęcia, nie mija, nie popycha. Po stokroć wolę TO!  A mimo, że skałki troszkę mniej spektakularne to i tak klimat TAKI, że nie wiedziałam na co się patrzeć, czym się zachwycać.

Na tej wyprawie mieliśmy jasno określone cele. Pojarać się miejscem. CHKO Broumovsko to i ten „nasz” teren, po którym wędrowaliśmy tym razem ,  oraz między innymi Adrspach i Teplice. 41 km2 i mnóstwo epickich formacji skalnych. Nie mam pojęcia czemu wszyscy cisną do Skalnego Miasta, ale nie będę ich stamtąd odciągać. Za to miłośników większej dziczy zapraszam właśnie na drugi koniec CHKO B.

Drugi cel to Kamenná Brána. Doszliśmy do niej bardzo sprawnie, chyba tylko z jednym tochę mocniejszym podejściem. Pozostała część przewyższeń, pokonywana po kamiennych, naturalnych schodach, w ogóle nie dała nam się we znaki. To też należy docenić .

Do samej bramy ciśniemy szlakiem żółtym. Żółty został obwołany kolorem wyjazdu, również ze względów spożywczych ale o tym na koniec. Choć kto mnie zna, na bank już się domyśla, jakim smacznym akcentem kończyliśmy wyprawę

Brama to formacja skalna, w masywie Velkej Kupy . To urocze, że akurat ten masyw zaliczaliśmy z 3 psami 😛 Temat qpy bliski każdemu psiarzowi 😀 Wielkie „oko” o wymiarach mniej więcej 5 /5 metrów , z widokiem na okolicę, które nawet na P zrobił wrażenie.

To taki must have, a raczej must be tej okolicy. Może nie jest gigantyczna ale wrażanie robi.

Naładowani widokami powzięliśmy azymut na … więcej widoków ! i więcej fajnych kamulców. Skoro już udało nam się tu wybrać, trzeba się nachapać ile wlezie. Wybraliśmy szlak…myślę, że nie spodziewaliście się… żółty! Bardzo lubię takie nawigacje. Wystarczy zapamiętać jeden kolor i się go trzymać. Z resztą, jeśli chodzi o oznakowanie nie można tutaj ani trochę narzekać. Pięknie wymalowane znaki, z częstotliwością  taką, że nawet przeoczenie któregoś nie spowoduje znalezienia się nie wiadomo gdzie. Lubimy bardzo!

* jeśli będziecie w Czeskich górach, zwróćcie uwagę na dodatkowe znaki, które ułatwiają odnalezienie się w razie problemów. Podajemy ratownikom kod i już wiadomo gdzie jesteśmy. Super sprawa

Dreptanie żółtą ścieżką jest bardzo przyjemne, praktycznie nie ma tu podejść. A jeśli już coś jest to są to małe susy po kilku kamieniach. Można to określić nawet spacerem geriatryczny, z atrakcjami oczywiście. Szlak wije się pomiędzy formacjami skalnymi, a jeszcze przed naszym drugim celem wyprawy łapiemy vyhlidkę z widokiem na okolicę, od którego ciężko się oderwać.

Chwila tuptania i jesteśmy. Drugi z trzech punktów obowiązkowych wyprawy. Szczyt Koruna. Genialny punkt widokowy. bariereczki są , ale i tak robi wrażenie. Na takie widoki suk raczej nie zabieram. Bu ma dziwne pomysły, żeby zaglądać, co to jest tam za krawędzią a Pufa… Pufiaczek potrafi być czasem mała niezdarą, więc lepiej w spokoju delektować się tym, co widać, niż kurczowo trzymać psie smyczałki.

Koruna to bardzo charakterystyczny szczyt. Widać ją z daleka i jest bardzo stołowa. Może nie ma idealnie wypoziomowanego blatu, ale plaskata to na górze jest na pewno jest znana nie tylko z widoków. Atrakcja jaką na niej znajdziecie to wyjątkowa rzecz, która chyba każdemu sprawi frajdę. Bo kiedy mieliście okazję bujać się na huśtawce , na wysokości 769 m n.p.m.  ?

Z Koruny obieramy już azymut na parking. Najszybsze zejście i w sumie najostrzejszy odcinek na tej trasie to zejście szlakiem … żółtym! hell yeah! i łącznikiem na zielony. Bo za nudno by było tak jednym kolorem. Zielony po 1 km z hakiem łączy się z czerwonym i tu kończy się rumakowanie. Idziemy już nie lasem a starym asfaltem, który jest tez ścieżką rowerową. O ! i tu już się zrobiło zaludnienie większe. Więc dla bezpieczeństwa wszystkich pieski nie tylko na smyczy ale i tak bardziej przy nodze.

Tą drogą drepczemy prosto na parking. Ostatni odcinek to ok 2 km asfaltu, na szczęście  w części w cieniu drzew.

A teraz ostatni żółty akcent. Sprawa jest taka: pobyt w Czechach, bez zjedzenia prawdziwego smażonego syra, nie jakiejś podróby typu gouda tylko TEGO JEDYNEGO PRAWDZIWEGO, nie może być zaliczony. Po prostu nie.

Slavny, czyli miejsce z którego startowaliśmy to maciupka miejscowość. Obok niej mamy Suchy Dul, też nie metropolia. Nie jest to bardzo turystyczny rewir. Masy luda przewalają się w Teplicach czy Adsprachcie. A tu? byliśmy głodni i nakręceni na ser. Wszyscy. Ale wiedzieliśmy że z 3 psami, w tym większym Lindem, a i suczydła malutkie nie są, możemy mieć problem. Fajnie by było też usiąść w środku. I co?

Otóż okazało się, że Czesi to serio są psiolubny naród. Postawiliśmy na pierwszą knajpeczko-bar w Suchym Dole. Na zasadzie-podjeżdżamy pytamy, może się uda. Udało się! Nie było najmniejszego problemu. I piszę to nie tylko dlatego, że jestem jak Pufinka- cieszę się z każdego dobrego jedzona. Ale też dlatego, że po raz kolejny u naszych południowych sąsiadów nie mieliśmy problemów, żeby gdzieś zjeść z futrami. Nawet w małej miejscowości.

      • Start: Slavny, na końcu miejscowości parking, koszt : 60 Koron za cały dzień
      • przy parkingu bardzo czysta murowana toaleta
      • w Suchym Dole, pierwsza z brzegu knajpesa przyjmuje z psami. Mają czeskie piwko, smażony ser, dobry rosół a wszystko to w takiej cenie, że nic tylko jeść. Można płacić w złotówkach
      • nasza trasa to tylko oniecałe 10 km
      • prosta nawigacyjnie i szlakowo, brak trudnych, wymagających podejść
      • czadowe skałki
      • brak ludzi na szlaku

Dodaj komentarz