Lendog V, czyli jak karmić uzależnienie

Wiecie, że można uzależnić się od przeróżnych rzeczy, nawet mega dziwnych? Ja ostatnio walczę ze słodyczami. Koszmar, P. mówi, że momentami zmieniam się w krwiożerczą… cukorożerczą ! bestię, która pazurami by wydrapała kawałek ulubionego kinderka. Nie ma lekko, opracowałam plan działania-P ma zakaz ulegania moim prośbom i groźbą, a ja sama sobie dałam pozwolenie na żarcie słodkiego, ale tylko takiego, które sama zrobię. Mówiłam Wam już, że jestem kulinarnym leniuszkiem? 😀

Tak czy siak problem jest, plan naprawczy i wizja wyjścia z uzależnienia też ! Sukces na horyzoncie!

Ale są takie manie, z którymi nie ma co walczyć. Po prostu się je ma i już. No więc ja mam taką jedną. Lendog.

Możecie mi zarzucać, że się uczepiłam tego jednego, a przecież jest tyle innych dogtrekkingów! Oczywiście że jest! I staramy się “zaliczać” przeróżne, jeśli tylko czas nam pozwala. Jeździmy tu i tam, tuptamy, nawigujemy. Ale to na lniane zawody ciągnie nas okropnie i cały rok czekamy na wyznaczenie terminu, żeby wszystko zaplanować pod ten event.
Ale od początku. Jeśli nie wiecie o czym mowa, czym się tak ekscytuję, to kilka słów wstępu czym ogółem są zawody dogtrekkingowe

Najkrócej i najprościej jest to rywalizacja ekip psio-ludzkich, latających po terenie z mapką w ręką, szukających przy okazji punktów kontrolnych. Ogółem przednia zabawa z lekką nutką frustracji, kiedy od pół godziny się ten że zespół kręci po ścieżkach i krzakach w poszukiwaniu tego jednego upierdliwego punktu-na każdych zawodach jest taki . Taki, o którym później wszyscy mówią 😀

Brzmi fajnie? Dołóżcie do tego piękne tereny, leśne dukty, a często i górskie ścieżki i macie przepis na najlepszą weekendową zabawę. Teraz już wiecie dlaczego tak lubimy zawody dogtrekkingowe

Ok. Ale w teorii od lubości do uzależnienia jeszcze kawałek i to niemały. Co więc tak bardzo urzekło mnie w Lendogu?

Sporo rzeczy. Na początek miejsce. Lendog ściśle związany jest z Chełmskiem Śląskim. Mieliśmy już okazję zwiedzać wyjątkowe Domy Tkaczy Śląskich (o tym poczytacie TU ) , a każdy z punktów kontrolnych jest w rzeczywistości małą dawką ciekawostek regionalnych. Zaliczając kolejne kilometry, z roku na rok poznajemy coraz lepiej tą przepiękną okolicę.

Taka koncepcja punktów wyróżnia te zawody na tle innych. Zazwyczaj trzeba wpisać hasło, zrobić dziurkę w karcie startowej specjalnym perforatorem. Tu trzeba dodatkowo uruchomić szare komórki, przeczytać fragment tekstu źródłowego. Ale wierzcie mi -czytanie go na punkcie, którego szuka się od pół godziny to czysta przyjemność 😀

Liźnięcie odrobiny historii zaostrza tylko apetyt na teraźniejszość. A ta w dniu zawodów była idealna! Ciepły wrześniowy dzień i trasa z punktu do punktu wiodąca przepięknymi ścieżkami. Takimi, które już znamy i lubimy, czyli na przykład tymi wzdłuż granicy. Wąska ścieżynka pomiędzy jagodami, prześwity z TAKIMI widokami, skałki, zejścia na łeb na szyję, przy których co roku powtarzam sobie, że tym razem lepiej wytrenuję suki do respektowania komendy “wolniej” 😀

Same góry to mało, żeby powiedzieć, że na jakieś zawody chce się wracać co roku. Dla mnie to była 4 edycja. Czwarty raz latałam z mapką, czwarty raz na może niedużym dystansie bo zazwyczaj 15-17 km. Spodziewałam się, że jednak trochę okolicę już znam. I fakt, ścieżka jagodowa, zejście na którym o mało nie pogubiłam smaczków z saszetki to punkty, które już można określić mianem “must seen/ must be”. Ale tegoroczne przejście przez łąki totalnie mnie zaskoczyło. I absolutnie nie piję do tego, że kręciliśmy się tam dłużej niż przewidywaliśmy. Z resztą chyba nie tylko my 😀  Po prostu jakoś mnie ten fragment trasy zaskoczył. I zauroczył. To było coś nowego, czego się nie spodziewałam. Brawo Organizatorzy!

To tylko dowód na to, że można robić kolejną edycję, z tym samym miejscem startu i mety, na podobnym dystansie i co rok dawać uczestnikom coś fajnego,czego jeszcze nie widzieli, miejsca których jeszcze nie odwiedzili.

Cała trasa należała do bardzo przyjemnych. Zaliczyliśmy klasycznie górskie podejścia, łąki i widoki niczym beskidzkie, tuptanie przez wioskę, po piachu, szutrze, przez las. Sucze dały z siebie wszystko 😀 Pufiaczek taka chora, taka ojojana, że za tydzień wizyta w klinice a tu tradycyjnie- rwała do przodu i o mało mnie nie ściągnęła z jednego zejścia. Jak to się mówi- zawody czynią cuda 🙂

Już nawet nie mówię, że zawody to też nagrody. Tu bez zmian, na bogato. Bo poza wyżywieniem dla każdego uczestnika- przed startem (omnomnom) i po (OMNOOMNOM), każdy, absolutnie każdy niezależnie od miejsca, jakie zajął dostał uścisk dłoni organizatora z imiennym wyczytaniem i przymusowym wyjściem na scenę (Tak, P też wyszedł 🙂  ), oprawiony, imienny dyplom oraz torbę -tą śliczną, lnianą <3 , kubas i gadżety + mógł wylosować sobie nagrodę rzeczową.

Ja zgarnęłam kupon do Decathlonu, obiecałam Pufince, że część kwoty pójdzie na jakiś ciepły kocyk turystyczny dla niej 😉  a P eko ziółka, które zapowiedział, że będzie sam pił i wara mi od nich, bo to jego własne 😀

A! no i zapomniałabym o najważniejszym! Tu impreza 2.0 zaczyna się przy części nieoficjalnej- ognisko, kiełbaski, pogaduchy głuchy telefon, borze szumiący jak ja się w to dawno nie bawiłam !  Super prezentacja Pani, która spędziła rok na Polskiej Stacji Polarnej. Bardzo chciałabym wysłuchać całej na spokojnie, jeśli ktoś ma namiar na tą Panią- dajcie mi znać 🙂

Warto było przenocować i uczestniczyć we wszystkim co tao wydarzenie  miało do zaoferowania.

Już czekamy na kolejną edycję !

Jeśli macie ochotę zobaczyć jak w naszych oczach wyglądały poprzednie edycje, zajrzyjcie tu:

LENDOG czyli II zawody o puchar sołtysa

Lniany pies w natarciu czyli o promieniowaniu roślinnym

Lendog IV czyli proszę mi zająć miejsce przy ognisku!

Dodaj komentarz