Kalenica spod Leśnego Dworku

To był w teorii maj. Wiem, bo sprawdziłam daty w informacjach o plikach zdjęciowych 😀  Ten wpis zamotał się pomiędzy innymi. Przepadł gdzieś, dał się zepchnąć coraz to niżej w kolejce. Ale i na niego przyszedł czas. Bo góry i szlaki w większości przypadków mają to do siebie, ze jakoś spektakularnie się nie przemieszczają i nawet po tak długim czasie można śmiało polecić dreptanie tu czy tam

Maj to ważna informacja. Szczególnie że była to już solidna druga połowa miesiąca. Można by się spodziewać wiosny pełną gębą, zieleni wybuchającej wszystkim wokoło i pogodą co najmniej na krótki rękaw. A Góry Sowie, niby takie niepozorne, bo co to za szczyty, ot Sudety, jak zwykle pokazały że góry to góry i nie ma tu miejsca na lekceważenie. A kto nie docenia , marznie 😉

Trasa którą Wam tu zostawiam to wejście na Kalenicę (964 m n.p.m.) , czy trzeci co do wysokości szczyt Góry Sowich. Zaraz za Wielką (1015 m n.p.m.)  i Małą Sową (972 m n.p.m.). Sztandarowy punkt miłośników Sowich, zwieńczony wieżą widokową, lubianą tak przez obserwatorów wschodów słońca. I niezbyt lubianą przeze mnie ale to za chwilę. Najpierw, żeby ruszyć na szlak,  trzeba zaparkować. Podobnie jak w przypadku wyprawy na Koci Grzbiet (pisałam Wam o tej wyprawie o TUTAJ KLIK KLIK) przygoda zaczęła się pod Leśnym Dworkiem. Spory parking,  kilka drewnianych ław, porządnie przygotowane miejsce ogniskowe, do skorzystania i wielkie kontenery na śmieci, co doceniam 🙂

  • istnieje możliwość dojazdu aż tutaj komunikacją miejską. Podrzucam link do strony gdzie znajdziecie info ( KLIK KLIK ROZKŁAD)

Ale my podjeżdżamy piesowozami i parkujemy z samego rana. Później parking zapełnia się szczególnie osobami krótkodystansowymi, uwaga więc jak zawsze na luźno biegające psy i bąbelki :/

Nasz punkt 0 i wyjście na szlak. Tym razem azymut na szlak czarny na mapach cz oznaczony również jako “leśny dworek- rozdroże pod porębem”. Wijąc się, przeprowadza nas skutecznie, ale niezbyt męcząco cały czas pod górę.

5 kilometrów dalej wpadamy na szlak czerwony, drepcząc którym nie tylko zajdziemy daleko, bo aż do samej Kalenicy, ale zahaczymy  o szczyt Popielak (856 m n.p.m), ale i o  Bielawską Polanę, czyli punkt gdzie krzyżuje się kilka innych szlaków. Podczas naszej wizyty Polana nie była w najlepszym stanie. Mocno rozjeżdżona ciężkim sprzętem, ewidentnie wycinka w okolicy ma się dobrze :/ trochę wilgotności i epickie błoto w tym miejscu gwarantowane. Ale jak widać rozjeżdżenie leśny dróg i przetrzebienie leśnej roślinności to codzienność nie tylko nizin i okolic miast.
Z Bielawskiej Polany na Kalenicę mamy tylko kilometr. Pod górę, ale w tej wyprawie nie ma obrzydliwie ciężkich podejść. Nie znaczy to, że ja się nie zasapałam, a dzień później nie czułam zrobionych kilometrów. Tak łatwo to to nie jest!  Sowie to Sowie i ich uroda jest taka , że może nie za wysoko, ale na pewno tak, żeby ktoś jadąc w góry czuł się rozczarowany 😉

Nam sporą część przyszło przebyć we mgle. Miejscami opadającej, zaczepiającej się o ostre igliwiem drzewa, czasami zawieszającej się nad ścieżką, tworząc magiczny klimat. Przypominajka-wszelkie info o plikach krzyczą że to była końcówka maja! końcówka maja, mglista, chłodnawa. To że ja w czapce a Pufa w sweterku jeszcze dla wielu dużo nie znaczy, ale pamiętajcie o tym planując wyprawy.

Góry to góry. nieważne czy Sowie, Karkonosze czy Tatry. Podchodzić do nich a raczej chodzić po nich trzeba nie tylko z sercem ale i z rozumiem i z przygotowaniem na tak zaskakujące warunki pogodowe też

Kalenicę zdobywamy prawie sami. Uroki wczesnego startu na szlak i średniej pogody. Zostają tylko wytrawni dreptacze 🙂 . Ja wejścia na wieżę uparcie i niezmiennie nie zaliczam. Jest w tej żelaznej ,  20 metrowej konstrukcji coś, co napawa mnie niepokojem. Nie jest w złym stanie. Jej kratownicowe stopnie moim zdaniem nie nadają się dla psich łapek, ale przecież będąc w kilka osób można zaliczać wejście na zmianę. Zostawienia psa samego nigdy bym nie próbowała. Wieża początkowo miała stanąć na Popielaku (tak, na tym, kórego zaliczaliśmy idąc tutaj) , ale koniec końców w latach 1932-33 stanęła na Kalenicy. Mekka miłośników wschód słońca, wygląda dla mnie jak trochę niepasujący tu modernistyczny twór. Lubię ją, choć nigdy z jej szczytu nie spojrzałam na świat. Kilkukrotnie już z Pufą tu byłyśmy, zabrakło mojej odwagi. Za to P był na niej na innej wyprawie,  Ł również nie miał oporów z wejściem na samą górę,  kiedy ja dzielnie miałam oko na Sheparda 😀

Posileni herbatą z termosu i, w moim przypadku jak zwykle zmiażdżoną w plecaku kanapką, ruszamy dalej. Przed nami powrót do punktu wyjścia szlakiem żółtym, przez Zimną Polanę, do rozdroża Trzy Buki. Kalenica była najwyższym punktem wyprawy a powrót to ciągłe zejście. Nie jest ono mordercze, oczywiście zimą, szczególnie z ciągnącym psem na każdym pochyleniu terenu należy uruchomić wzmożoną czujność, ale tutaj tragedii nie ma. Żółty szlak będzie motywem przewodnim przez około 3 km. na koniec wpadamy na szlak czerwono-niebieski i tak, z 13 km w łapkach i nogach kończymy wyprawę.
Jedynie na sam koniec, blisko parkingu spotykamy innych spacerowiczów. Przy nich, z naszymi plecakami, w trekach i z psami na pasach trekkingowych wyglądamy … jakbyśmy z gór zeszli a nie wyszli na lekką przechadzkę nie za daleko od auta 😛 . Nie powiem, trasa dała mi się odczuć, mimo, że nie jest bardzo wymagająca. A może to przez mnogość kadrów, święty spokój na szlaku , sprzyjający zrobieniu sobie chwilki przerwy na zdjęcia?

Co by to nie było bardzo duża polecajka. I nadal nie wiem jak to się mogło stać , że ta trasa i wpis tak długo przeleżały w blogowej zamrażarce :p

Poniżej zostawiam Wam screen mapki, ta oczywiście też w wersji klikalnej , o TUTAJ

Za towarzyszenie mi na szlaku dziękuję przedstawicielstwu ekipy Angielskiego Psa- Ł i Shepardowi !

Dodaj komentarz