Zamek Świny

Jakiś czas temu zostawiłam P smacznie śpiącego a sama w deszczowy, lekko mglisty dzień zabrałam Suczydła na wyprawę w nieznane rewiry Kaczawskich. A dokładniej w okolice Parku Krajobrazowego Chełmy. Lekko pofalowane połacie, wijące się wąskie ścieżki, poza najbardziej znanymi miejscami, prawie puste. Z resztą jak całe Kaczawskie. Jestem permanentnie uzależniona od samotnych wędrówek w tych okolicach. Dzikość szlaków na wyciągniecie ręki, samotne szwendanie się przez całą wyprawę.

Park Krajobrazowy Chełmy to spory obszar w obrębie Kaczawskich. Rozciąga się na obszarze 15 tysięcy km2 , czyli całkiem sporym, otulina ma przeszło 12 tysi, co oznacza , że trzymając się tylko Chełmów, jest gdzie chodzić. My w ramach wypraw “zaliczyłyśmy” między innymi wulkany (KLIK KLIK WPIS) , wchodziłyśmy na Rosochę z jednej strony (KLIK) , a potem z drugiej (KLIKU) , zdobywałyśmy Górzec ( wpis o TU) , włóczyłyśmy się parokrotnie po Wąwozie Myśliborskim (KLIK) , a nawet szukałyśmy pozostałości szubienicy ! (KLIK )

Przyszedł czas na wędrówkę z ruinami w tle. Bo nie tylko dziczą człowiek żyje, przyjemnie jest też dotknąć historii. Szczególnie w świętym spokoju, bez innych ludzi dyszących na kark. Z takim założeniem z samego rana zaparkowałam auto w zatoczce, pod drzewem, u stóp ruin Zamku Świny.

To niewielka zatoczka, w tak na pozór niesprzyjający dzień, pusta. Jeśli wybieracie się tu w ładniejszą pogodę, warto zebrać się z łóżka wcześnie. To zawsze jest najlepszym gwarantem postawinia auta bezpiecznie tam gdzie chcemy. I pustek na szlaku 😀 Stąd od razu wpadamy na dróżkę, lekko brukowaną na początku, później wiodącą pomiędzy polami, która wprowadzi nas na trajektorie ku przygodzie 🙂  Jest stąd piękny widok na okolicę. Lubię takie trasy jak ta, niezbyt długie, które mogę przebyć niespiesznie, zatrzymać się , obrócić i dostrzec to, co przy innym tempie pewnie by mi umknęło

Polny dukt samoistnie wyprowadza nas na przymus przekroczenia jezdni szosy nr 320 a nawet zmusza do przejścia po niej niecałych 200 metrów. Niedużo, chyba że idzie się z Pufą, negującą zasadność zapięcia na smycz i kroczenia po poboczu a nie ubitym asfalcie. Niezależnie jakie negocjacje przyszłoby Wam tu prowadzić, uważajcie bardziej niż zwykle. Mimo, że idziemy oficjalnym czerwonym szlakiem, kierowcy samochodów nie spodziewają się tutaj spotkać nikogo na drodze, szczególnie dziarsko maszerującego pieszego. Tym bardziej przypominajka o dreptaniu lewą stroną, twarzą do nadjeżdżających aut. Jak to mawiał mój Dziadek – poruszajmy się tak, jakby każdy inny kierowca chciał nas zabić. Może na wyrost a może lepiej uważać za bardzo niż za mało.

Tak więc dajemy się porwać szlakowi czerwonemu. W las wchodzimy koło całkiem zacnego przydrożnego parkingu, podczas naszego przejścia pełnego śmieci 🙁 Wbijamy w las, który mi, w dżdżysty, bezsłoneczny dzień wydał się niesamowicie dziki, ciemny i jakby zdziczały.

Pamiętasz Fangorn?

Jak gdyby, mimo szerokiego duktu, który przecina go szlakiem, niezbyt często oglądał człowieka. To jedna z niesamowitych spraw przy samotnej wędrówce z psami. Jedyne rozmowy prowadzone z Futrami, odbijające się bez ich wyraźnej odpowiedzi od drzew. A gdy te rozmowy milkną odzywa się natura. Dla nas wtedy rozbrzmiała przede wszystkim szczekaniem sarny. My się zbliżałyśmy, pięłyśmy się delikatnie nachylonymi ścieżkami, później wspinałyśmy na Swarną (390 m n.p.m. z kamiennym podejściem) a szczekanie zamiast milknąc lub uciekać, tylko się nasilało. Miałam wrażenie że właściciel tego donośnego głosu, mimo  ze na bank słyszał jak nad wyraz głośno opowiadam psom, jak to ładnie się te kamienie prezentować będą na zdjęciach, nie wiedział że my to my. I że powinien się jak najszybciej zawijać . Naszły mnie nawet moje utajone lęki, że może on wcale nie chce zwiewać a my nieświadomie wkroczyłyśmy na teren, którego on będzie chciał bronić!

Na szczęście mamy szczęście 😉 , a Swarną jak i na Popielową weszłyśmy bez jakichkolwiek spotkań.

Etap przejścia przez zdobyczne szczyty- Swarna, Popielowa, Schody to najbardziej zarośnięty etap wyprawy.

Choć nawet w tak bujnie zieloną porę roku do przejścia, a mówi to ktoś kto panicznie boi się pająków i nawet niedawno rezygnował z przejścia pewną trasą właśnie przez pajęczyny. Jest więc rekomendacja trasy o każdej porze roku 😉 Ostatni etap, przed dotarciem do miejsca, gdzie pójdziemy już znanym nam z początku fragmentem , to wędrówka szeroką, doskonale utrzymaną drogą. Nie widniało na niej oznaczenie o randze drogi pożarowej, ale każde auto spokojnie by tu wjechało. Oznacza to że wędruje się szybko, nawet w deszczową , mokrą pogodę nie ma tu błota a kilometry schodzą bardzo szybko

Jedynym przedstawicielem naszego gatunku był przemiły Pan z reklamówką z dyskontu, którego spotkałam na etapie wejścia na przedreptany na początku wypadu kawałek drogi. Pan jak się okazało z torbie miał kamienie, bo kamienie zbiera. Nie wiem czy dlatego, że miło nam się zamieniło kika zdań, czy dlatego że było widać iż Suczydła- przylepy przypadły mu do gustu, otrzymałam od niego jeden z rzeczonych kamieni. Podobno jaspis. Ja się na kamulcach, skałach i minerałach niestety nie znam, niemniej z prezentu się ucieszyłam. Jeszcze brudny od ziemi, z której zapewne go wyciągnięto, kawałek historii naszej planety wylądował w plecaku, a aktualnie zajmuje , razem z pobratymcami nieznanej mi “rasy” zaszczytne miejsce na parapecie. Uwielbiam takie spotkania i do spółki z Zamkiem Świny stanowią o smaczkach tego wypadu.

Wracając do auta bujnęłyśmy się jeszcze wokół Zamku oraz na punkt widokowy (KLIK na mapce). Zdjęć nie ma, choć było bardzo ładnie, bo właśnie tu umarł jakiś silniczek od migawki w aparacie i z tego kawałka wypadu zdjęć już nie ma. Na szczęście migawka, po krótkiej kuracji i obycie w fotografowanym spa śmiga jak powinna, a ja planuje wypad dokładnie tą samą trasą, pełną jesienią. Te wszystkie liściaste drzewa, kiedy tylko zapłoną jesienną żółcieniom i pomarańczą będą wyglądać oszałamiająco

Jeśli i Wam zachciało się wypadu w te okolice, sprawdzenia na własne oczy jak wygląda Zamek Świny ( trochę o jego historii znajdziecie TUTAJ), łapcie mapkę. Trasa liczy około 9 km i nie jest bardzo wymagająca. Ot, Kaczawskie. Jedyne o czym mogę przestrzec to dzikość tych gór . Tu można się spodziewać każdej możliwej zwierzyny więc nasze dzikie Futra lepiej na smyczałki, jak to w lesie 😉

Mapka jak zwykle poniżej oraz wersja klikalna O TUTAJ

Dodaj komentarz