Górzec i niespodzianka w Stanisławowie

Kaczawskie to góry,  które ostatnio bardzo często odwiedzam. Wpadam towarzysko w te rewiry ale i same tereny bardzo mi podpasowały. Przyjemne ścieżki, widoki a brak wielkiej popularności Kaczaw sprawia, że po drodze nie spotykamy tłumów. To coś co bardzo lubię.

Z chęcią wyruszyłam więc na kolejną wędrówkę. Tym razem postanowiłam zabrać ze sobą P. i łyknąć Górzec od drugiej strony. Z sukami zaliczyłyśmy zimowe wejście na ten szczyt, przyjemnie było teraz zdobyć go w ciepłą pogodę 🙂

Wędrówkę zaczęliśmy w Stanisławiowie. Miejscowość ta skrywa jeszcze jedną niespodziankę, ale o tym na koniec 😉

Z „pinezki” ruszamy przeskakując nad strumykiem ścieżką w górę. Nie raz mówiłam Wam, że cieszę się z prostych nawigacyjnie wędrówek. Noż teraz to ideał kolejny ! Szlak czerwony. Potem czerwony i jeszcze czerwony 😀 Szlak wije się zakrętami, omija lekkim bokiem Jaworską Górę i Diablik, okala Diabelską Górę.

Szlak nie należy do wymagających fizycznie. W gruncie rzeczy to spacer  z elementami podejścia przy samym szczycie. Wędruje się przyjemnie, ciężko jest się zgubić. Podczas naszej bytności tam , dwóch miłych panów odnawiało oznaczenia. W temacie szczytu. Górzec zdobywamy od drugiej strony niż wcześniej, mijamy więc większość Drogi Krzyżowej.

Wracamy tą samą trasą. Całość przejście to ok  16 km. Przebieg trasy w jedną stronę zobaczcie sobie TUTAJ

A teraz WIELKA niespodzianka! Nie tylko górami człowiek żyje, a do Stanisławowa warto zajrzeć też z innego powodu. Byliśmy tam jakiś czas temu, w ramach niezobowiązującego spaceru po okolicy. Trochę włóczęgi przy okazji zaliczania miejsca związanego z historią.

Na początek historia, bo właśnie obok niej zostawiliśmy piesowóz. To co nas , a dokładniej mnie przywiało w to miejsce to pozostałości radiostacji. Na zboczu wzgórza Rosocha stoi ceglany niemały budynek znany jako Radiostacja Rüdiger. Z czasów II wojny światowej, jeśli nawet nie jest się fanem wątpliwej urod ruin, warto przydreptać tam dla widoku.

W samych ruinach tradycyjnie uwaga na psie łapki. Od pewnego momentu w środku i trochę na zewnątrz było rozbite szkło, więc suki poczekały z mniej zainteresowanym tematem P . Za to ja polatałam i pooglądałam. Póki stoi. Pomijając kwestie urody czy jej braku, jest to namacalna historia. Zupełnie inaczej odbieram taką niż tą w książkach i podręcznikach.

Jestem absolutną fanką ruin wszelakich. Moja wyobraźnia wskakuje wtedy na najwyższy level. W głowie podejmuję wizualizować sobie jak dane miejsce mogło wyglądać w latach swojej świetności. Jak prezentowało się otoczenie i co się tu działo. Jak wyglądał zwykły dzień . Niesamowite !

Więcej ruin wszelakich, które odwiedziłyśmy znajdziecie pod hasłem RUINY

I tak niepozorny Stanisławów okazała się być niezwykłą miejscowością, w której można zacząć niejedną przygodę.

Dodaj komentarz